Wywiad z byłym dyrektorem naszej szkoły panem Józefem Kamińskim
Pamięta pan swój pierwszy dzień w szkole jako nauczyciel, początki pana pracy w zawodzie, dlaczego nauczanie w szkole, pasja, chęć sprawdzenia się a może przypadek?
Pracę rozpocząłem w 1954r. ukończyłem szkole średnią, liceum. Przy liceum działała druga szkoła przygotowującą licealistów do zawodu nauczyciela. Wprowadzono tam pedagogikę, psychologie i pomocnicze nauki, także zdawałem dwie matury- pedagogiczną i liceum ogólnokształcącego. To upoważniało do pracy w szkole. w tamtym czasie było mało nauczycieli z pełnym wykształceniem, mnie na przykład w szkole podstawowej uczyli nauczyciele bez pełnego wykształcenia. Jeden z nich miał na skończoną szkołę podstawową. Wracamy jednak do roku 1954 po ukończeniu liceum i drugiego liceum pedagogicznego skierowano nas do pracy. Trafiłem od pracy na terenie powiatu Lipno, gdzie szkoły się mieściły w różnych pomieszczeniach, nie tak jak obecnie. Dzisiejsze szkoły się zamyka, bo nie ma młodzieży, ale wtedy była młodzież, a nie było szkół. Uczyłem na przykład w szkole, która była domem ewangelików, domem wyznania religijnego. Nie był to typowy kościół z wieżą, tylko budowla zbudowana przez mniejszość niemiecką na terenie miejscowości Skrzypkowo. Dla wyznawców religii luterańskiej cześć była domem modlitwy, a w drugiej części mieściła się szkoła. Budynek powstał jeszcze w XIX wieku. W samym Skrzypkowie były cztery klasy. Rezydowaliśmy tam tylko pani kierownik i ja. Pracowałem tam do czasu powołania do wojska. Po służbie dostałem się do oddziału w Kozach. Tamtejsza szkoła również powstała z inicjatywy zamieszkującej te tereny mniejszości niemieckiej jeszcze w XIX wieku i funkcjonowała podobnie to tej w Skrzypkowie- pół budynku było domem modlitwy, natomiast druga część zajmowała duża klasa lekcyjna. Dlaczego szkoły budowała mniejszość niemiecka? Władze rosyjskie w tamtym czasie nie zezwalały Polakom uczenia się języka polskiego, a mniejszości niemieckiej pozwalano się uczyć języka niemieckiego. W okolicy Kóz niektóre wioski były typowo mniejszości niemieckiej, w tym same Kozy, Kózki, Lubsin. W okolicznych miejscowościach było przeważnie około 70% Niemców. W Kozach pracowałem prawie sześć lat wraz z panem Wysockim, który pełnił funkcje kierownika i niestety już nie żyje. Potem z kóz przeniosłem się do Wójcina- tam pracowałem osiem lat. W między czasie rok pracowałem w liceum w Radziejowie. Następie w latach 1972-73 przeniesiono mnie tutaj, do Piotrkowa. Zdawałem sobie sprawie ze to duża szkoła, ale nie miałem wyjścia- albo przyjąć obowiązki podinspektora, czego nie chciałem, bo za praca terenowa nie przepadałem. Przyjąłem więc obowiązki dyrektora szkoły w Piotrkowie. Nauczyciele przeważnie posiadali już średnie lub pełne wykształcenie. w 1964 roku zapisałem się na studia uniwersyteckie w Toruniu, które ukończyłem, a obowiązki dyrektora w Piotrkowie pełniłem do 1978 roku. później pracowałem w zawodzie do samej emerytury. Na emeryturze zatrudnił mnie jeszcze pan dyrektor Czajkowski w Radziejowie w technikum mechanicznym na pól etatu. Dano mi pod opiekę klasy specjale, ponieważ według dyrektura dobrze sobie z nimi radziłem. Stamtąd już kompletnie odszedłem na emeryturę.
Jak wyglądała szkoła, gdy zaczynał u nas pan prace jako dyrektor?
Obsada nauczycieli była już liczna i dobrze wykształcona, kiedy przyjąłem obowiązki dyrektora. Pracowałem już w budynku "nowej" szkoły, ale nie tej nadbudowanej części, która powstała, gdy pani Wiatrowska była dyrektorem, a więc znacznie później. Budynek zbudowano w ramach reformy, tzw. "dziesięciolatki", a sama szkoła miała funkcjonować pod nazwa zbiorczej szkoły gminnej, które zaczęto tworzyć od 73 roku. Pierwsze były Połajewo i Wójcin- te właśnie szkoły przywożono autobusami tutaj, do Piotrkowa. Reforma upadła i wycofano się z niej niedługo później.
Kiedy nabrał pan pewności siebie w tym zawodzie?
Człowiek był za młody, żeby wtedy zadecydować. Jeżeli skończyłem również klasę pedagogiczna dwuletnią, nadal obowiązywał mnie nakaz pracy i dostałem się do szkoły w Lipnie, chociaż koledzy z klasy dostawali inne przydziały- głownie na terenie północnej polski. Miały one lepsze zaplecze materialne, ponieważ był to teren dawnego zaboru pruskiego, a Niemcy do oświaty przypisywali dużą wagę. Były szkoły, było zaplecze gospodarcze, więc także była praca dla nauczycieli. Natomiast Lipno to była Kongresówka, zabór rosyjski i nie było takich pomieszczeń jakie były w sąsiadującym zaborze niemieckim. Praca pracą- szybko dostałem powołanie do wojska, a po służbie trzeba było się gdzieś dostać do pracy. Koledzy żołnierze, którzy nie mieli wykształcenia, przeważnie szli do kopalni, bo było duże zapotrzebowanie na górników. Jechali wtedy, nawet w ciemno na Śląsk, zgłaszali się do portiera kopalni, który kierował go do pracy pod ziemią, lub na powierzchni. Każdy chciał zarobić jak najwięcej, więc najczęściej wybierali prace w tunelach. Do kopalni się nie nadawałem ze względu na wykształcenie i zawód. W tamtym czasie człowiek nie myślał tak jak dzisiaj - “czy ja faktycznie nadaję się do pracy jako nauczyciel?”. Lubiłem pracować z młodzieżą i rodzicami, a pracowałem w środowiskach głownie poniemieckich, więc było tam dużo przesiedleńców z dawnego zaboru austriackiego- z Tarnopola, Lwowa, z części dzisiejszej Ukrainy. Dlaczego mowie o tych mieszkańcach? Bo ci właśnie, którzy przyjechali z dawnej Galicji, mieli co najmniej podstawowe wykształcenie, a niektórzy mieli po cztery, pięć klas podstawówki. U nas w Kongresówce niektórzy byli analfabetami. Bardzo dobrze pracowało mi się z tymi właśnie przesiedleńcami. Przypisywali oni dużą wagę do szkolnictwa, szkoły i samej nauki. Pracując w Kozach trafiłem również na repatriantów, właśnie z terenów Tarnopola, którzy zostali tu przesiedleni. Owszem, były także antagonizmy, jeśli chodzi o młodzież, bo przezywano ich od Zabugowców (przyjechali zza rzeki Bug), ale karciłem takie zachowanie i rodzice o tym wiedzieli, więc darzyliśmy się wzajemnym szacunkiem.
Wydarzenie z pracy w naszej placówce które utkwiło panu w pamięci najbardziej, pozostawiło niezatarte wspomnienie?
Pamiętam o jednym wydarzeniu, dosyć tragicznym. Nauczycielka poszła we Wszystkich Świętych z młodzieżą, piątą lub szóstą klasą, na cmentarz. Zatrzymali się przy jednym z grobów -był to najprawdopodobniej nagrobek żołnierza i jedna z uczennic oparła się o niego dłońmi. Jeden z cokołów się przewrócił, zgniatając dziewczynie palce. Była to tragedia, groziło jej odjecie palców. Uprosiłem świętej już pamięci doktora Wisłockiego na wszystkie świętości, żeby ratował dziewczynę i nie powiem, co mógł robił. Uratowali palce tej dziewczyny. To była tragedia zarówno dla społeczności szkoły jak i rodziny tej uczennicy. Następne wspomnienie- na jednej z lekcji uczeń się bawił cyrklem i połknął od niego igle. to też było dość nieprzyjemne. Trzecie- korytarzem przechodziły uczennice podczas przerwy i tynk z sufitu się oberwał, spadając na nie. Jedna z dziewczyn dostała wstrząśnienia mózgu. Zawiadomiłem prokuraturę, która umorzyła sprawę z powodu braku winnych, ponieważ firma, która kładła te tynki, już nie istniała i nie wiadomo było, kogo pociągnąć do odpowiedzialności.
Czego życzyłby pan uczniom i nauczycielom z okazji 100 rocznicy powstania naszej szkoły?
Nauczycielom- zadowolenia, sukcesów w pracy, jak najmniej kłopotów, a samych osiągnięć, uczniom tak samo. Wiem, że to są dla was ciężkie czasy, szczególnie dla nauczycieli. Nastąpiły takie zawirowania, że nauczyciel stracił trochę na autorytecie w stosunku do rodzica. Życzę młodemu pokoleniu jak najwięcej zadowolenia i sukcesów oraz szacunku do przełożonych, do nauczycieli i żeby wzajemnie się szanowali- nauczyciel ucznia a uczeń nauczyciela.
Krzysztof Kowalski, Alicja Wojciechowska, Aleksandra Wilińska